NEWSBLOG

ZAPRASZAMY DO KONTAKTU

 

Jesteśmy otwarci na wszelkie sugestie, pomysły i współpracę. Jeśli coś ciekawego dzieje się w okolicy, o czym warto wiedzieć, napisz do nas:

Niezależny portal poświęcony życiu społeczno-kulturalnemu w gminie Narew © 2025

kontakt@widoknanarew.pl

Thank you for being here

Danke, dass Sie hier sind

Дякую за те, що ви тут

Dziękujemy, że tu jesteś

Nasi przodkowie: opowieści mieszkańców #3

19 grudnia 2025

Wydawało się, że jeszcze śpi, gdy skrzypnęły drzwi wejściowe. Otworzyła oczy i wstrzymała oddech. Zza ściany dobiegała mieszanina obcych głosów. – Pani Stefanio… To już pewne... – uniosła się lekko, wspierając na łokciach i wytężyła słuch.  –  Nie widzimy nikogo, no, lepszego. Mamy nadzieję, że Bronia nie odmówi… Oby, oby pani kochana, bo… Och, niech lepiej nie odmawia. – Jak oparzona wyskoczyła z łóżka. – Tak! Taaak! Maaamo! Oczywiście, że tak! – wpadając do izby całkiem już zdyszana, rzuciła się na szyję rodzicielce, zanim ta zdołała cokolwiek z siebie wykrztusić.

 

Historię swojej mamy, Bronisławy Ostaszewskiej z domu Smoktunowicz, pierwszej narwiańskiej zawodowej położnej, spisaliśmy w oparciu o opowieść wychowanej w Narwi, a obecnie jej mieszkanki, Pani Joanny Jaśkiewicz.

 

Nasza Bronia, położna

 

Warszawska Miejska Szkoła Położnych nie była zwykłą placówką. Działająca przy prestiżowym stołecznym szpitalu specjalistycznym św. Zofii, kształciła przedwojenną elitę położnictwa.

 

Bronia odczuła powiew swego przeznaczenia. Narew potrzebowała porządnie wyedukowanej specjalistki, która sprosta wymaganiom czasów nowoczesnych, a urząd gminy upatrzył właśnie ją.


Kandydatką była idealną. Od dziecka kształtował się w niej umysł przytomny, aktywny i stworzony do wszelkiej nauki. Wszystko, co ją poruszało, chłonęła z jakąś zadziwiającą lekkością. W stolicy niemal z marszu zyskała sławę imponującej erudytki.

 

Potrafiła bowiem mówić o zawiłościach biologii człowieka jako o rzeczach zajmujących i zupełnie oczywistych. A potem, gdy mknęła już od jednej rodzącej do drugiej, albo – zbierając wprawę i doświadczenie –krążyła pomiędzy czterema czy pięcioma łóżkami izby porodowej, bywało, że i lekarze zwracali się do niej z ufnością, ważąc jej słowa jak złoto.

 

Charakter z kolei miała, jak na dziewczę u progu swoich lat dwudziestych, całkiem dojrzały. Odpowiedzialna i poważna, z przewagą logicznych myśli i chłodnym spojrzeniem na gorące sprawy, nie poddawała się jakimś przelotnym wrażeniom, ani zachciankom, które tak łatwo zaprzątają młode dusze.

 

I wszędzie było jej pełno. Starszy brat, Piotr, własnymi rękami zrobił dla niej mandolinę. Akordy i tony chwytała w lot, a jeszcze piękniej śpiewała w narwiańskim chórze kościelnym. Gdy tylko kończyła nuty, wkładała swój elegancko odszyty mundurek strażacki i biegła prosto przez rynek do świeżo wybudowanej remizy przewodzić Samarytankom.

 

Już wtedy biła od niej ta dziwna, trudna do uchwycenia pewność, instynkt urodzonej komendantki. Nawet gdy świat wokół tracił kierunek, ona zawsze wiedziała, co robić.

 

Dorastała z dwiema siostrami – Stanisławą i Anną. Jednak to z Piotrem Smoktunowiczem połączyły ją więzy szczególne.

 

Wysoki, ciemnowłosy, o wyrazistych rysach i przenikliwym spojrzeniu – nie wydawał się (swoją powierzchownością przynajmniej), zdradzać od razu artystycznej natury. Z niezwykłą swobodą rysował i składał rymy. Na skrawku kartki bez większego wysiłku potrafił wypleść z prostych słów najzgrabniejsze wersy – krótkie, aforystyczne, a nawet całe niekończące się poematy, które zdawały się wypływać tak lekko, jakby sam anioł szeptał mu je do ucha.


Pewnego sierpniowego dnia 1937 roku przypatrywał się jej, gdy z wypiekami na twarzy szykowała walizki. Już wtedy mógł sobie wyobrażać, jak przemierza główne arterie rozświetlonej stolicy; jak porywa ją żywy puls miasta; jak pomiędzy dwójrzędami lip i przemykającymi dorożkami gna podekscytowana na wieczorny wykład i przegląda się – zawsze z tą samą niegasnącą wesołością w oczach – w skrzących się witrynach sklepowych.

 

Wyjął kartkę i prawie wcale nie namyślając się, napisał:

 

Kochana Broneczko

Ja jestem Twój brat

Słuchaj mojej rady,

Bo dostaniesz w gnat.

 

Cała jego troska skupiała się wtedy tylko na jej szczęściu. Byli bowiem jak dwie najbliższe, sprzymierzone na tym świecie dusze:

 

Idź prostą drożyną

Przez życie swe całe

Przez ciernie i głogi

Idź prosto, wytrwale.

Nie patrz w różne strony

Gdzie jest szczęście cudze

Twe szczęście jest tylko

Na tej prostej drodze.

 

 

Po dwóch latach spędzonych w Warszawie Bronia odebrała upragniony dyplom. Świeżo odbity, ciężki od podpisów, z okrągłą jak za czasów średniowiecznych pieczęcią i starannym drukiem. Egzamin ostateczny przed komisją doktorów Wydziału Szpitalnictwa Zarządu Miejskiego ukończyła oceną dobrą z wyróżnieniem – najwyższym możliwym stopniem przyznawanym absolwentom opuszczającym mury szkół ponagimnazjalnych.

 

Z nadziejami w sercu na życie szczęśliwe i pożyteczne, wróciła do Narwi – wprost w objęcia Andrzeja Ostaszewskiego.

 

Przyszłych małżonków dzieliło zaledwie kilka domów. Jej stał na rogu Gnilicy i Rybackiej: drewniany, pomalowany na biało, z krytym ganeczkiem, gdzie bez przerwy hukało wesoło od rozmów, śmiechów i chichotów.


Coraz częściej zaglądał tam młody Andrzej z Gnilicy. Czasami niby to przypadkiem, niby w drodze do kogoś krążył pod oknami, jakby coś zgubił albo zapomniał. Aż w końcu ganek trząsł się lekko i wychodziła, zastygając w rumieńcach, które jakimś niemal fizycznym szczęściem napełniały mu pierś.

 

Matkę jego, Zofię, opanowywało w przedmiocie tych amorów co najmniej pewne zakłopotanie – jeśli nie dokuczliwa wątpliwość.

 

– Do kościoła pójdziesz, Andrusza?

 

– Może pójdę, mamo. Może pójdę...

 

– Oj ty, Andrusza! Przodki twoje wszystkie w cerkwie chrzczone i pochowane, a ty na kolanie jednym stać będziesz?

 

– Może będę. Kto wie... 

 

– A bodaj tebe! 

 

Poburczała jeszcze czas jakiś, a później przyjęła decyzję syna, tak jak i synową – życzliwie, a nawet z cichą pewnością, że lepszej żony Andrzejowi los mógłby nie podsunąć.

 

Tak czy siak, niewiele po tym jak Bronia opuściła Warszawę, na kraj spadły niemieckie bomby. Wraz z ich pierwszym hukiem pożegnali Piotra. W początkach września '39 spojrzał z bólem na matkę i siostry, na wszystkie niedokończone tekturowe dzieła, rysunki i farby. Stefania na wpół omdlała, z oczami tęsknymi, modlącymi się nieustannie, zawiesiła mu wtedy na szyi szkaplerz karmelitański, powierzając syna opiece Matki Boskiej. Ścisnął ten medalik, swój skarb najcenniejszy, wydał z siebie senne, jakby z innego świata, westchnienie. I wyruszył tam, gdzie go historia wzywała najgłośniej.

 

Małżonkowie tymczasem pozostali w Narwi, zajmując służbowy dom na Rybackiej. Pomiędzy nim a remizą po drugiej stronie rozciągała się niewielka przestrzeń rynkowego placu. Jeszcze do niedawna czuć tam było słodki powiew od rzeki i kołysały się wozy wypełnione towarami. Teraz zaś sterczały tylko czarne jak studnie lufy karabinów.

 

Dzięki Bogu, bez uszczerbków przetrwali tę grozę. A gdy odgłosy grzmotów wojennych przesunęły się dalej na zachód, powitali na świecie pierwszą córkę – Jadwigę. W odstępie roku, w 1945 urodził się Piotr. I pewnie dalej wiedliby życie na rodzinnej ziemi, gdyby nie zamaszyste, któregoś razu, kołatanie do drzwi.

 

– Bronisławo, pakujcie się. Wyjeżdżacie. Delegujemy panią do Bociek. Tam jest pani teraz bardziej potrzebna – wybrzmiał sucho, choć z powagą, czyjś urzędniczy baryton.

 

– Krzesia zostanie sama? – spytała niepewnie.

 

– Pani Krzesia? Akuszerka? Och, poradzi sobie.

 

Boćki przywitały ich życzliwie. Miejsce to było całkiem podobne do Narwi, a nawet gdzieniegdzie takie samo: z kościołem, cerkwią, szeregiem drewnianych domów i płotów ciągnących się rzędami przy brukowanych drogach, i z łukiem rzeki okalającym miasteczko, o którego dziejach królewskich opowiadano tu z pokolenia na pokolenie. A teraz, zupełnie jak Narew, zdawało się ponure i opuszczone, z mętnym niebem rozwieszonym nad podziurawionymi chatami.

 

Lud marząc więc o niebach piękniejszych, z ochotą przystąpił do powiększania swoich szeregów – jeśli nie na pożytek społeczeństwa, to przynajmniej na dalszy rozwój pnia genealogicznego. I żeby Bronia, rzecz jasna, mogła mieć zajęcie.

 

Andrzej też od razu zakasał rękawy. Zaoferowano mu posadę kierownika tamtejszej masarni i całymi dniami zajmował się tym, co doskonale potrafił robić w starej narwiańskiej rzeźni nad rzeką, która została po Żydach.

 

Żyli ze sobą w zgodnej małżeńskiej komitywie. A sprzeczali się tylko i wyłącznie o szczerozłote Andrzejowe serce, które Bóg stworzył mu nazbyt miękkim. W zakres jego wybitnych zdolności wchodziło bowiem nieustanne poświęcanie się dla innych, czym odróżniał się wyraźnie od pospolitych życiowych spekulantów.

 

I za tę właściwie jego daleko posuniętą miłość bliźnich robiła mu czasem siarczyste wyrzuty, że o dzieciach swoich nie myśli, rozum traci i cały dom do ostatniej szmatki wyniesie. – My sobie Broniu, poradzimy. My sobie poradzimy… – mruczał łagodnie, patrząc na nią wzrokiem palącym, ni to błagalnym, ni natchnionym. Milkła wtedy od nadmiaru tajemniczych wzruszeń i cała złość nagle w niej opadała.

 

W Boćkach doczekali się jeszcze dwójki dzieci – Andrzeja (1949) i Bożeny (1953). Zaraz potem, z piątym dzieckiem w drodze, wrócili w rodzinne strony.

 

Wisiała jednak nad nimi, choć niosły ją wcześniej dalekie chmury, wielka burza z bladą błyskawicą.

 

W Narwi bowiem zdrowie Andrzeja zaczęło gwałtownie kruszeć. Z dnia na dzień niknął w oczach, aż w końcu całkowicie opadł z sił. Odezwały się zatrzaśnięte w jego ciele ślady dawnych ciosów. Tamtej mglistej nocy w '48 ocknął się w rynku, czując pod sobą zimną, lepką krew. Trójki oprawców nigdzie już nie było. Uciekli, przekonani, że zostawili za sobą martwe ciało.

 

Po wielu latach do jednego z białostockich szpitali przywieziono starszego mężczyznę.

 

– Był pan kiedyś w Narwi? – rozległ się cicho kobiecy głos.

 

– Tak, ale niech siostra mi tego nie wspomina… – jęknął.

 

Pielęgniarka podeszła bliżej.

 

– Pozwoli pan, że zadam jeszcze jedno pytanie. Znał pan Andrzeja?

 

Jakiś przenikliwy ból ścisnął mu gardło.

 

– Jestem jego córką.

 

Nie odrzekł nic. Tylko łzy grube jak perły przetoczyły się przez poorane oblicze mężczyzny w ostatnim akcie jego ziemskiej skruchy.

 

Lecz zanim zmarł ów człowiek, w domu matki na Gnilicy konał ten, którego dotknęło jego okrucieństwo – Andrzej, mąż Broni, położnej.

 

Owego pamiętnego dnia 1954 roku nie było jej przy nim. Z dala od Narwi rodziła ich piąte dziecko – córkę Joannę. Ostry krwotok na kilka tygodni zatrzymał ją w szpitalu. Dręczony wtedy nadludzkim bólem, podniósł się i usiadł na łóżku. Blada jak upiór Zofia pobiegła po wnuki: – Chodźcie, szybko! Tatuś umiera!

 

Wdarli się do domu z płaczem, trzęsąc się i potykając.

 

– Mamo… Czemu wy dzieci straszycie? Przecież ja nie umrę. Przecież ja teraz umierać nie będę – spojrzał na nią z odcieniem smutnego wyrzutu. Jakiś niezmącony spokój bił od niego.

 

– Słuchaj Jadzia… Dzieci moje... Posłuchajcie mnie wszyscy. My, ja i wy... My wszyscy, którzy przyszliśmy na ten świat, musimy go kiedyś opuścić. Ale istnieje inny świat – i ja do tego świata właśnie idę. Wy też tam przyjdziecie. I wszyscy znów się spotkamy.

 

Mówił powoli, boleśnie, ani przez chwilę nie odrywając wzroku od coraz bledszych, maleńkich twarzyczek. Klęczące i prawie szlochające, tuliły się do pościeli i jego wychudzonej sylwetki, z której ulatywały ostatnie iskry życia.

 

– Pamiętajcie tylko… Pamiętajcie, żeby słuchać mamusi. Słuchajcie jej zawsze, róbcie, co wam powie. I same rozum miejcie. Bo ona musi pracować na wasze utrzymanie. Bóg jeden raczy wiedzieć, jak ciężko jej będzie. Dlatego słuchajcie mamusi we wszystkim. A ty Jadzia… – rzucił oczyma w stronę swojej pierworodnej, drobnej dziesięciolatki – Słaba jesteś z tabliczki mnożenia i tyle błędów ortograficznych robisz. Pójdziesz do Danusi Ambrożewicz i ona cię poduczy. Dyktanda porobi...

 

– I pamiętajcie... – resztką sił łapał oddech. – Kiedy odejdę, to chociaż nie płaczcie po mnie. My wszyscy jeszcze spotkamy się. Bo tak z nami jest. Spotkamy się wszyscy…

 

Wtem jego głowa uderzyła głucho w poduszkę i osunęła się na bok. Łzy trysnęły z gasnących oczu. W wieku 39 lat odchodził w wieczystą ciszę, opleciony drobnymi ramionkami swoich łkających dzieciątek.

 

* *

 

Świat bez Andrzeja nie był już taki sam. Ciążył Broni w sercu nieznany wcześniej ból, rozwlekał się jak brudne chmury na szarym niebie. Chociaż wypełniała ją przeraźliwa pustka po mężu, choć miała teraz pod opieką piątkę małych dzieci, a ciche strachy z grzmotami każdego dnia mogły rozrywać jej duszę na strzępy, zamierzała iść dzielnie przed siebie, trzymając się tej prostej ścieżyny, którą przed laty wymyślił dla niej brat.

 

Piotra nie widziała od wybuchu wojny. Musiało minąć dwie długie dekady, zanim ponownie stanął w progu rodzinnego domu. Od razu bez słowa rozpiął koszulę, pokazując szkaplerz – wciąż ten sam, nienaruszony, niemal w ciało wrośnięty i zachowany, choćby na ten moment doniosły, w którym matka jego, Stefania, z sercem buchającym najgorętszą wdzięcznością, padła w jego objęcia i nie chcąc się z nich wydostać, długo tuliła go mocno do siebie, jakby się co dopiero narodził.

 

A jakże bezbrzeżna i paląca przepełniała go tęsknota za miastem swym rodzinnym z lewej strony rzeki, skąd zły los go wyrwał, rzucił w świat daleki...

 

Wciąż bowiem nie przestawał zapisywać wierszowanych strof, wciąż z niezachwianym upodobaniem tworzył swoje plastyczne dzieła. Opowiadał, jak pomogły mu przetrwać ucisk obozu jenieckiego w Niemczech, jak trafił tam jeszcze w '39, wyszarpany dymom upadającej Warszawy. A kiedy po wyzwoleniu przyszła wiosna, wsiadł na statek płynący z Niemiec do Ameryki i tam koniec końców zamieszkał w Newark – największym mieście New Jersey.

 

Przedzieleni tysiącami mil pisywali do siebie regularnie, bardzo zresztą tęskniąc za sobą nawzajem.

 

Bronia tymczasem coraz swobodniej zdawała się płynąć z nurtem własnego istnienia. Życie jej było proste, pełne pogody, bez złudzeń i oczekiwań, jakoby cokolwiek jej się ponad to, co ma, należy. Nie gasł w niej w każdym razie zapał do działań i służby publicznej, od której czuła w piersiach jedynie ciepłe i ożywcze dreszcze.

 

Pierwszą izbę porodową, której była organizatorką i kierowniczką zarazem, otwarto w niewielkim budynku na Piaskach, vis-à-vis opuszczonej synagogi. Niedługo później placówkę przeniesiono na ulicę Bielską do nieco większej, drewnianej konstrukcji z gankiem, usytuowanej obok cerkwi. Od strony ulicy mieścił się tam ośrodek zdrowia, od podwórza znajdowały się natomiast pomieszczenia dla rodzących.

 

Prawie stamtąd nie wychodziła. A bywało, że nawet w środku nocy, w mroku, w wichurze, w śnieżycy, łomotali do jej domu jacyś ludzie na wozach lub saniach zaprzężonych w konia, który przycwałował ze wsi za lasem. Wybiegała od razu, z czujnie nastrojonymi nerwami, jakby to była sprawa życia i śmierci.

 

Bo to była, proszę Państwa, sprawa życia i śmierci. Dzieło wiekopomne – mieć tak wielkie rozeznanie w tematyce organizmów matek i dzieci, a nade wszystko zdolność kierowania nimi i przyjmowania do rąk kruchych istot, które wszelkimi dostępnymi mocami na świat ciągnięte, musiały teraz same łapać w płuca powietrze, nie tyle w izbach i pokojach przy wyostrzonych światłach słońca czy żarówek, ile w półmroku, na wozach i w samochodach, w najmniej spodziewanych układach ekwilibrystycznych. Ileż to dzieci urodziło się i nie umarło, a mogło przecież, wisząc na granicy światów, gdy już je jakaś siła potworna zaciągała w otchłań. Do niedawna jeszcze nie było w Narwi i w całej okolicy ani jednej rodziny, w której co roku nie kropiliby wodą święconą małej mogiłki na cmentarzu.

 

Tak ujawniała się jej wielka umiejętność, będąca w rzeczy samej najczystszym błogosławieństwem z nieba. Każde bowiem dziecko, które wyszło z jakiegokolwiek łona, a przyjęte przez jej ręce, podobnie jak jego matka – przeżyło.

 

Po tym wszystkim przychodziła do domu i niemal od progu osuwała się wyczerpana na kanapę.

 

Domowe jej odpoczynki zdołały nabrać echowej doniosłości. Szczególnie dzieciom zapadły w pamięć ojcowskie nauki, aby ich wkładem na poczet trudów i poświęceń mamusi było przede wszystkim nie czynienie jej żadnych przykrości i nie żądanie więcej niż będzie w stanie dać.

 

Nie przeszkadzało im to w każdym razie domagać się od niej niekiedy czegoś bardzo konkretnego, z niejakim nawet kapryszeniem i tupaniem nóżką.

 

Swego czasu bowiem zaczął kręcić się przy Broni pewien właściciel młyna z okolicy. Całkiem przyzwoity, jeszcze niestary. Rozweselał się w jej obecności wyraźnie, przymrużał oczka i coś nawet jakby pożądliwego w nich błyskało.

 

Wesoła gromadka natychmiast wyczuła, że może z tego wykrzesać nieco pożytku dla siebie.

 

– Mamusiu! Chcemy tatusia!

 

– Co? Tatusia chcecie?

 

– A chcemy! Wszyscy mają tatusiów, a my nie mamy!

 

– Mowy nie ma, dzieci. To nie będzie wasz tatuś.

 

I tłumaczyła im z pełną stanowczością, jak bardzo mylą się ich małe rozumki. Bo jakiż to miałby być tatuś... Z obcej skóry? Śmiechu warte. Człowiek wymyślony w jakiejś naiwnej fantazji, bez czułości, bez pamięci o tym, co znaczy ich dziecięca dusza... A kto by miał równać się z Andrzejem? Takiemu to sił nie starczy, ani cierpliwości. Bić was będzie, krzyczeć będzie – grzmiała jakby ktoś na flecie wygrywał pioruny. – Takiego tatusia chcecie?! 

 

– Nie mamusiu! Nie chcemy! – odkrzykiwali chórem.

 

Nieustępliwość jej obrosła wszak legendami.

 

Któregoś dnia, a działo się to jeszcze za Gomułki, wezwano ją do Hajnówki.

 

– Nie pójdę do partii! Niedoczekanie! Niech mnie zwolnią, a nie pójdę! 

 

Naciskali, tłumaczyli, wabili obietnicami, grozili. Ona jednak Boga i kościół upchnęła w serce najgłębiej. Wzniosła mur twardy jak skała. I odpuścili. W całym powiecie była prawdopodobnie jedyną kierowniczką publicznej placówki, którą konsekwentnie omijały wszelkie partyjne narady, ideologiczne szkolenia i triumfalne pochody.  Później zaś ta sama nomenklatura, nie bacząc już na brak partyjnej afirmacji i stojącej za nią legitymacji, obsypywała ją honorami, dyplomami i błyszczącymi orderami Polski Ludowej. A ponieważ na względy i pochlebstwa nigdy nie była łasa, mogło to dla niej znaczyć tyle, co powiędłe róże.

 

Od wszelkiego ceremonialnego splendoru i mów pochwalnych o wiele bardziej życzyła sobie widzieć żywego człowieka. Nic dziwnego, że dom na rogu Gnilicy i Rybackiej, a teraz Mickiewicza, zamienił się w małą przychodnię. Ze wszystkich stron ciągnęli tam po fachowe opatrunki, zastrzyki, po dobre rady, a czasem z dolegliwościami, na które potrafiła wskazać doskonałe remedia.


Zapraszano ją poza tym na konferencje i sympozja dla położnych i medyków z całego województwa. I słuchano z zapartym tchem, z nozdrzami rozwartymi jak konie pełnokrwiste. Gdzie nie była, gdzie się nie pojawiała, zostawiała po sobie wrażenia i prądy dobre, ciepłe, nieodparte. Jaśniała wyrazem słonecznym, duchem mocnym, bohaterskim. A iluż to dzisiejszych, żyjących jeszcze narwian, jej ręce dotknęły jako pierwsze?

 

* * *

 

Upłynęło wiele lat. Narew zdołała okrzepnąć w nowym ustroju. Nadchodził właśnie jeden z tych rozkosznych czerwców, z szeregiem dni ciepłych, pachnących, z nocami krótkimi i sosnowym powietrzem, kołyszącym się lekko od strony lasów. 

 

– Zabierz mnie, Asiu, na Boże Ciało – poprosiła cicho.

 

Procesja wyruszyła spod drewnianego kościoła w kierunku dawnego cmentarza ze starą kapliczką św. Jana Chrzciciela. Mieszkańcy Bielskiej corocznym zwyczajem wylegli z domów podziwiać uroczysty korowód. Na jego końcu przez szybę samochodu wyglądała skulona Bronia. 

 

Postęp lat odebrał jej siły. – Ach, żeby mnie tylko nie dopadł ten zabójca... – Jakże obawiała się pewnej bestii, która cały świat mogła zamienić w szalone wiry niezrozumiałych obrazów, twarzy i szumów. Najpierw bestia zaczaiła się w jej lękach, a potem nagle wyważyła drzwi i przystąpiła do ataku.

 

Tak bardzo nie chciała mieć alzheimera. Ale nie rozpaczała. Starała się myśleć jasno.  

 

Tłum powoli rozlewał się po cmentarzu, skąd dochodzić zaczęły modlitwy do Ukrzyżowanego. Upał ciążył mocno i wielu z utęsknieniem wypatrywało wieczornego chłodu.

 

Bronia powoli wysiadła z auta. Ledwie zdążyła zrobić parę kroków, gdy nagle ktoś niemal rzucił się jej na szyję.

 

– Pani Ostaszewska moja kochana! – zawołała tajemnicza dama. – Ja pani tego nigdy nie zapomnę. Przenigdy! Ja powiedziałam mojemu Darkowi, że on ma do końca życia pamiętać, komu on życie zawdzięcza!

 

Potoki jej wzruszeń i przemów dziękczynnych trwały dobrych kilka minut. Może nawet odwróciło się parę głów przyciągniętych żywiołowością tej sceny.

 

– Kto to był? – spytała zdziwiona córka.

 

– To Wiera, kasjerka z banku. Wiera Kuprianowicz. Stara historia, Asiu... Nie mówiłam o tym?

 

A działo się to mniej więcej w czasach, gdy Gierek ogłaszał swój plan pięcioletni. Dzień był słoneczny, podobny do tego właśnie, gdy Bronia po latach spotkała Wierę na Bożym Ciele. Szła wtedy do pracy na Bielską, jak zwykle tą samą trasą na skróty, z Gnilicy przez ogrody. Wszędzie wokół rozciągały się tam małe poletka i zagony, coś rosło posiane w rzędach i jedna przy drugiej tkwiły jamki na ziemniaki. Gdzieniegdzie sterczała stodoła i może tylko jeden co dopiero dom postawiono.

 

Tysiące razy przemierzała tę drogę. Znała każdy jej zakamarek, każdą skibkę, każde zwikłane gąszcze. Tego dnia musiał ją zatem pociągnąć jakiś obraz bardzo bliski albo impuls wprawiający w niepospolite stany. Może więc myślała o Andrzeju albo o Piotrze? Może jej myśli krążyły wokół wszystkich tych mężczyzn nieobecnych i melancholii zimowych wieczorów, spędzanych ze swoją dziecięco-kobiecą gromadką przy roznieconym ogniu w kominie.

 

A może jednak rozmyślała o ojcu. Został po nim stary paszport z czasów pierwszej wojny. Na przygasłym nieco zdjęciu widniał mężczyzna z wąsem i dobrodusznym, choć smutnym spojrzeniem. Zdawało się, że paszport ten zawiera w sobie całą powagę obcej władzy. Wielkie, gotyckie litery wybijały się wyraźnie ponad drobny polski druczek, ogłaszając pruskie panowanie nad Narwią.

 

Wieść o śmierci Jerzego Smoktunowicza dobiegła ją zaledwie dwa lub trzy dni przed jej dziewiętnastymi urodzinami – nie zdołała jeszcze w pełni nacieszyć się spacerami po szkolnym dziedzińcu i zapachem sal wykładowych. Pod wielkimi gmachami stolicy zrobiło się raptem ciemno i blado.

 

A potem przyszła słodko-kwaśna zima spędzona w pensjonacie dla uczennic.

 

Internat ten znajdował się w samym sercu Warszawy. Niewiele wiadomo, gdzie stał dokładnie, ale z całą pewnością wyposażono go w dość szeroki, zawieszony wysoko balkon, skąd każdego dnia mogła podziwiać znaczący fragment panoramy miasta. Rozciągał się stamtąd widok na najważniejsze skwery z falującymi dachami i wijącymi się wokół brukowanymi uliczkami, których już nie ma albo co najwyżej przetrwały na starych fotografiach. 

 

Pewnego razu wyszła na ten balkon i zamarła. Przez ulice przetaczała się właśnie żywa defilada sztandarów z krzyżami i świętymi wizerunkami. Ciągnęły pośród nich rzędy koni z oficerami w siodłach, maszerowali kawalerowie w kapeluszach z piórem, w łopoczących płaszczach i doskonale dopasowanych rękawiczkach. A dalej całe mrowie biskupów w ceremonialnych szatach, na których czele kroczył sam prymas ściskający posrebrzany pastorał; przed nim zaś jeszcze drobne dziewczynki w cienkich sukieneczkach małymi rączętami wyściełały barwny dywan z sypanych kwiatków. W ślad za nimi podążały gromady harcerzy i młodych panien w długich, jasnych jakby togach, potem kobiety w strojach odświętnych, śnieżnobiałych, trzymające w rękach zapalone świece. Po obu stronach zaś co rusz wyrastały kępy dzieci machających palemkami triumfalnymi, zupełnie jak na niedzieli palmowej.

 

Cały ten podniosły pochód, urządzony z nadzwyczajnym bogactwem i przepychem, kierował się powoli na Plac Zamkowy. Wojsko na ulicach trzymało szpaler i wszyscy klękali pobożnie w miarę posuwania się wysokiego, przybranego kwieciem rydwanu, na którym wieziono trumnę z czterema skrzydlatymi cherubami w narożnikach. Pod jej złoto-szklanym wiekiem spoczywał ks. Andrzej Bobola, a raczej jego święte relikwie sprowadzone do kraju po wielu staraniach w ten najuroczystszy z możliwych sposobów.

 

Może o tym właśnie rozmyślała Bronia, może ten oto obraz zaprzątał jej głowę i rozlewał się po duszy – chwila tak doniosła i urzekająca, łącząca niebo z ziemią i jej narodem w kraju nad Wisłą, że tamtego dnia właśnie, w drodze przez ogrody, odfrunęła gdzieś i bezwiednie, jakby w transie, zboczyła z codziennej trasy. Albo to nawet sam ksiądz Bobola, szermierz święty Chrystusowy, interweniował z polecenia Najwyższego, żeby pokierować jej krokami w ściśle określony sposób.

 

Z początku zdumiała się, gdy wyszła spomiędzy ogrodów, nie widząc nigdzie swojej izby. Lecz zaraz uderzył ją widok dziwnego, dość nienaturalnego zbiegowiska. Przy jednym z domów tłoczyli się jacyś ludzie. Ni to jęk, ni kwilenie dochodziło z głębi podwórza.

 

Instynktownie ruszyła przed siebie, a przecisnąwszy się przez tłum, ujrzała przyczynę całego zamieszania: w wielkiej balii wypełnionej wodą pływało bezwładnie nie dające znaku życia, nagie ciałko maleńkiego dziecka.

 

W jednej chwili coś nią wstrząsło gwałtownie – czy to z nagłego przypływu woli ratowania topielca, a może z gniewu na tych, którzy postawali jak gawrony, patrzą na tę niesłychaną makabrę i nawet palcem nie kiwną.

 

– Prędko, dzwońcie po pogotowie do Hajnówki!

 

Nie czekając, czy oby ktoś jej łaskawie odpowie, sprawnym ruchem wydobyła dziecko z wody. Chwyciwszy je za nóżki, obróciła główką w dół i oklepała po wyraźnie zsiniałym już ciele. – Kocyk dawajcie, szybko! – nie minęły sekundy, gdy na kawałku jakiejś tkaniny przystąpiła do reanimacji, równym rytmem uciskając klatkę piersiową. Parę spazmów nagle szarpnęło maleństwem. Z ust i nosa buchnęły strugi wody, śluzu i piany.

 

Darkowi wracał oddech, drżące powieki uniosły się powoli. Po całym zgromadzeniu przeszedł wyraźny szmer połączony z błogim odczuciem ulgi. Żegnali się znakiem krzyża prawosławnego lub katolickiego, niemal omdlewając z podziwu, jak oto w tym żywiołowym, a zarazem wyuczonym odruchu, wolna od szałów i bez cienia paniki, przywróciła dziecku życie.   

 

Ale jak to możliwe, że tłum stał i patrzył, prawie nieruchomy? Bywa bowiem, że od nadmiaru niespodziewanej grozy coś w człowieku kamienieje i postępuje nerwowy paraliż. I bywa w tym najczęściej zawarty jakiś pierwiastek zaraźliwy, który sprawia, że paraliż ten może przenosić się na cały tłum, od samej tylko fizycznej bliskości świadków zdarzenia.

 

A ponieważ tak właśnie bywa, Wiera Kuprianowicz też mogła czuć w głębi duszy, że to sama Opatrzność zesłała  Bronię, aby i ją wybawiła od straszliwych ciężarów albo nawet od strącenia w ciemniejące przestwory, w których musiałaby żyć do śmierci z zasłonami opuszczonymi i być może bez ani jednego świetlistego promyka.

 

Karetka natomiast, którą na Broni komendę wezwano, zabrała małego Darka do szpitala, gdzie nic nawet takiego nie musiano przy nim robić.

 

Zamiast epilogu

 

W połowie lat 60-tych sprowadziło się do Narwi małżeństwo młodych doktorów. Ona specjalizowała się w pediatrii, on zaś poświęcił się medycynie ogólnej i poprawie zdrowia seniorów. Z oddaniem podjęli służbę na rzecz naszej społeczności, spędzając tu między innymi złotą dekadę Gierka. Po kilkunastu latach przenieśli się do Sokółki i tam doprowadzili do końca swoje długie medyczne kariery.

 

Obydwoje zdołali przez ten czas przylgnąć do Broni tak szczerze i głęboko, że gdy tylko dowiedzieli się o jej śmierci, nie dopuszczali ani jednej myśli, że mogłoby ich zabraknąć na ceremonii pogrzebowej. 

 

– Pani Bronia... Hmmmm... – Bardzo państwa proszę o uwagę. Chciałbym coś powiedzieć – najpierw głos zabrał on, podnosząc się znad zadusznego stołu. Powiódł krótko wzrokiem po obecnych, aż zapanowała względna cisza.

 

– Pani Bronia... Nasza Bronia, położna... – zaczął nieco spięty. – Chciałbym powiedzieć, jak niewiele znałem w życiu takich osób, jak Pani Bronia. A znałem, uwierzcie mi państwo, bardzo dużo... 

 

– A ja... Pozwól Romek... – przerwała mu małżonka. – Ja tak wiele skorzystałam z doświadczenia i wiedzy Pani Bronisławy, że doprawdy, ja się tym proszę państwa chlubię do dzisiaj. Ponieważ nigdzie, ale to nigdzie, z żadnego uniwersytetu, z żadnej szkoły, z żadnego szpitala takiej wiedzy, jaką miała Pani Bronia, nie wyniesie się...

 

– Otóż to, Zosiu. Właśnie do tego zmierzam.

 

– Ja naprawdę nie sądziłam, że ja nauczę się kiedykolwiek odbierać porody w syrence. Że Pani Bronia...

 

– W polonezie też chyba odbierałyście, jak pamiętam? 

 

– Nie, mój drogi, to był fiat. Ale pozwól, że dokończę.

 

Przekrzykiwali się uporczywie, choć uprzejmie, jedno przez drugie, jakby rywalizując między sobą, kto więcej Broni zawdzięcza, kto lepiej pamięta jej rady albo kto sumienniej i z większym pożytkiem stosował jej nauki. A im dłużej mówili, tym wyraźniej stawało się jasne, że w tej ich śmiałej konkurencji nie chodziło bynajmniej o próżność, ani o potrzebę wywyższenia się, lecz tylko o najszczerszą wdzięczność.

 

*

 

Świat pożegnał Bronię promiennym wspomnieniem, niebo i ziemię biorąc za świadków, że historia ta nie jest w żadnym razie bajką, ani opowieścią splecioną z mgieł, cieni i przywidzeń.

 

Tak oto kończyły się stare czasy; nieubłaganie ciągnęła fala nowych. Drewniane ganki, wypełnione po brzegi gwarem i śmiechem, teraz opustoszałe, umilkły. Człowiek coraz rzadziej pochylał się nad drugim, słabiej niosły się tony czyste i jasne, zagłuszane zgrzytliwym akordem.

 

Ale słońce wschodziło jak dawniej i wzbijało się nad parkiem, migocząc przez liście. I wietrzyk wciąż ten sam, wiał przychylnie, wraz z wonią drzew wpadając przez uchylone okna do narwiańskich domów. Gdzieś w tej rozpostartej szeroko krainie właśnie rodził się człowiek i chwytał w płuca rzeźwe podlaskie powietrze.

 

*

 

Bronisława Ostaszewska z domu Smoktunowicz zmarła w 2004 roku, w wieku 86 lat. Pochowano ją na cmentarzu katolickim w Narwi. Zawód położnej wykonywała nieprzerwanie przez około 40 lat. Na emeryturę przeszła w 1976 roku, jednak ostatecznie pracę zawodową zakończyła trzy lata później.

 

Jej praktyka położnicza przypadła w okresie największego przyrostu demograficznego w historii miasteczka i całej gminy Narew. Odebrała setki, jeśli nie tysiące porodów. Każdy z nich zakończył się sukcesem. Zdecydowana większość mieszkańców Narwi i gminy, którzy przyszli na świat dzięki jej troskliwym rękom, lotnemu umysłowi i oddanemu sercu, żyje do dziś.

 

Historię Bronisławy Ostaszewskiej usłyszeliśmy od Pani Joanny Jaśkiewicz, jej najmłodszej córki, która po przejściu na emeryturę postanowiła związać się z Narwią i przywrócić pamięć o mamie i swoich przodkach. A tak wyglądał czepek pierwszej narwiańskiej położonej. Niby zwyczajny, ze standardową, czerwoną wstążką szerokości dwóch centymetrów. Mimo to jedyny w swoim rodzaju. 

 

Młoda Bronisława Ostaszewska (jeszcze pod nazwiskiem Smoktunowicz) zdjęcie w mundurze Samarytanek, organizacji młodych kobiet działającej przy straży pożarnej. Portret pochodzi prawdopodobnie sprzed podjęcia nauki w Warszawskiej Miejskiej Szkole Położnych.

 

Obie strony paszportu lub dowodu tożsamości, wydanego 10 listopada 1916 przez pruską administrację regionu Białystok Jerzemu Smoktunowiczowi ojcu Bronisławy. Jako zawód figuruje prawdopodobnie "Kleinbesitzer" czyli drobny posiadacz ziemski, ew. rolnik. Dokument wypisano w obecności ówczesnego burmistrza Narwi, Franciszka Dudaryka.

 

Mama Bronisławy, Stefania Smoktunowicz z domu Sadowska, jej codzienne oparcie i filar domowego ogniska. Zdjęcie wykonane pod koniec lat 50-tych w Narwi, prawdopodobnie w okolicach starego mostu. W oddali rzeka Narew.

 

Najstarszy brat Bronisławy, Piotr Smoktunowicz. Zdjęcie przedwojenne z czasów służby wojskowej w armii II RP.

 

Mąż Bronisławy, Andrzej Ostaszewski. Zdjęcie portretowe wykonane prawdopodobnie w latach 40-tych.

 

A tę interesującą, pozowaną fotografię zrobiono podczas służby wojskowej Andrzeja Ostaszewskiego (z lewej) w latach 30-tych.

 

Książeczka czeladnicza wydana w 1936 roku Andrzejowi Ostaszewskiemu  świadectwo potwierdzające zaliczenie egzaminu rzeźnickiego i wędliniarskiego.

 

Andrzej z Bronisławą (po lewej) i koleżanką. Lata 30-te.

 

Bronisława i Andrzej wchodzą na jeden z warszawskich mostów. Przyjmuje się, że fotografia pochodzi z lat 30-tych i została wykonana w stolicy, tuż przed wybuchem II wojny światowej.

 

Okładki zeszytów używanych przez Bronisławę na wykładach z akuszerii i higieny. Pojawia się tu dwa dość ważne nazwiska wykładowców: Iliński i Palester. Najprawdopodobniej chodzi o znanego warszawskiego ginekologa, Aleksandra Ilińskiego, który zginął w ludobójstwie katyńskim oraz epidemiologa, Henryka Palestra, członka Warszawskiego Towarzystwa Higienicznego, którego żona, Maria, ukrywała Żydów, współpracując m.in. z Ireną Sendlerową.   

 

O mechanizmie porodu Bronisława uczyła się dokładnie w kwietniu 1938 roku. 

 

Przepiękny dyplom z pieczęcią lakową i przedwojenną typografią, wieńczący dwuletnią naukę Bronisławy w Warszawskiej Miejskiej Szkole Położnych. Podpisany przez członków komisji egzaminacyjnej doktorów: W. Janczewskiego, Porajskiego, K. Jasielewicza, Chełmeckiego, Ryłko, R. Wasilewskiego, R. Welmana, Łuniewskiego i Al. Ilińskiego oraz dyrektora szkoły, dr Henryka Gromadzkiego.

 

To jedna z najbardziej wyjątkowych pamiątek rodzinnych w domu Pani Joanny. Istnieje jeszcze jeden podobny, unikatowy dyplom, podpisany przez ówczesnego prezydenta Warszawy, Stefana Starzyńskiego. Na razie jednak znajduje się poza Narwią.

 

Bronisława korzystała z każdej okazji, aby poszerzać swoją wiedzę i umiejętności. Oprócz szkoły położnych, przeszła w stolicy kilka dodatkowych szkoleń, m.in. kurs szczepień ospy oraz kurs obrony przeciwlotniczej i przeciwgazowej.

 

Jeszcze prawdopodobnie czasy panieńskie lub krótko po ślubie.

 

Już jako mężatka, z Andrzejem oraz dwójką dzieci: Jadwigą (1944) i Piotrem (1945). Fotografię wykonano najprawdopodobniej w Narwi, tuż po wojnie (połowa lat 40-tych).

 

Rok 1954. Ujęcie przed gankiem domu rodzinnego, na rogu Mickiewicza i Gnilicy, świeżo po śmierci Andrzeja Ostaszewskiego. Stoją w pierwszym rzędzie od lewej: (1) babcia Stefania Smoktunowicz (mama Bronisławy), (2) Stanisława Smoktunowicz, czyli siostra Bronisławy, trzymająca na rękach jej córkę Bożenkę (1953), w jasnej sukience (3) Bronisława, obok niej w czarnej sukience jej siostra, (4) Anna Smoktunowicz. Od lewej stoją dzieci Bronisławy: syn - Piotr (1945), najstarsza córka, Jadwiga (1944) i Andrzej (1949). W wózeczku mała Joanna (1954).

 

Koniec lat 50-tych. Bronisława (od lewej) z córką Jadwigą, Bożeną i Joanną oraz synem Piotrem.

 

Koniec lat 50-tych. Zdjęcie z czasów wizyty Piotra Smoktunowicza w Narwi, zrobione nad rzeką Narew. Pod tym linkiem Czytelnik znajdzie jego wiersze, które zachowały się do naszych czasów.

 

Lata 60-te. Stefania Smoktunowicz (w środku) z córkami i wnuczkami. Czwarta od prawej – bohaterka tej opowieści. Dziewczynka z kokardką i założoną nogą to Joanna Jaśkiewicz, która opowiedziała historię swojej mamy. W tle odcinek Gnilicy u wylotu na Mickiewicza, a przy nim rodzinny dom Bronisławy.

 

Pierwszy powojenny Ośrodek Zdrowia i Izba Porodowa w Narwi, przy ul. Piaski, zorganizowany i kierowany przez Bronisławę Ostaszewską. Lata 50-te. Stoją od lewej: salowa Anna Żakiewicz (z d. Samotik) i pielęgniarka Walentyna Łuczak (z d. Poskrobko) [źródło: Narew Dawniej i Dziś. Fot. ze zbiorów I. Kotowicz]. Pierwsze dziecko urodziło się tu w 1952 roku, a był nim Stanisław Jakubowski, syn Olgi Jakubowskiej z d. Sadowska [informacja uzyskana od najstarszej obecnie mieszkanki Narwi, 97-letniej Julii Jakubowskiej]. 

 

Izbę porodową przeniesiono z ulicy Piaski na Bielską do tego charakterystycznego budynku. Tu Bronisławę zastępowała od czasu do czasu terenowa położna, Janina Żakiewicz. Izba funkcjonowała do połowy lat 70-tych, czyli do czasu ostatecznej likwidacji tego rodzaju placówek na wsiach. Następnie, aż do czasów transformacji ustrojowej i upadłości POM-u, budynek pełnił funkcję Urzędu Gminy w Narwi.

 

Portret bohaterki z czasów największej aktywności zawodowej.

 

Uznaniowe i jubileuszowe dyplomy, które Bronisława otrzymała od władzy ludowej.

 

Przyznano jej jeszcze dwa takie ordery.

 

Od lewej: Bronisława w czerwcu 1993 roku i rok później, w wieku 76 lat.

 

Spora część tej historii rozegrała się w tym właśnie domu i jego okolicach. Dzisiaj gruntownie odrestaurowany, chociaż zawsze z nieodłącznym gankiem, przez wiele lat pełnił rolę nieformalnej przychodni i centrum życia społeczno-towarzyskiego w tej części Narwi.

 

 

Wszystkie historyczne zdjęcia (chyba że wskazano inaczej) pochodzą ze zbiorów Pani Joanny Jaśkiewicz.

 

Specjalne podziękowania Pani Krystynie Poskrobko z Narwi za wsparcie przy organizacji rozmowy, na podstawie której mógł powstać ten tekst.