NEWSBLOG
TU WARTO ZAGLĄDAĆ
ZAPRASZAMY DO KONTAKTU
Jesteśmy otwarci na wszelkie sugestie, pomysły i współpracę. Jeśli coś ciekawego dzieje się w okolicy, o czym warto wiedzieć, napisz do nas:
Niezależny portal poświęcony życiu społeczno-kulturalnemu w gminie Narew © 2025
kontakt@widoknanarew.pl
Thank you for being here
Danke, dass Sie hier sind
Дякую за те, що ви тут
Dziękujemy, że tu jesteś
Autorka pełna ciepła i fantazji. Rodowita narwianka. Przyszła na świat w starej porodówce na Bielskiej, zaledwie parę domów od tego, w którym mieszka od lat – dużego, drewnianego, przysłoniętego drzewami, z werandą, ogrodem i szklarnią. Tam, w wypełnionej instrumentami muzycznymi, książkami i obrazami pracowni, powstają kompozycje, piosenki, rysunki, teksty, opowieści dla dzieci. Dzisiaj mamy okazję zajrzeć za kulisy twórczości Pani Ewy: poznać lepiej jej historię, twórcze inspiracje i dowiedzieć się czegoś więcej o Myszkach z Mysiborku – świeżym, powstającym na naszych oczach, niezwykłym projekcie rysunkowo-literackim.
WNN: Poetka, autorka tekstów, wierszy, baśni, kompozytorka, ilustratorka, nauczycielka… Pewnie nie wymieniliśmy całej tej listy. Jak Pani najczęściej o sobie myśli?
Ewa Alimowska: Najczęściej myślę o sobie jako o mamie. Mam trzech synków. To jest moje takie życiowe powołanie i w tym najbardziej się odnajduję – jako mama, jako żona, jako osoba zajmująca się ogrodem, domem. A cała twórczość artystyczna jest po prostu takim „efektem ubocznym” normalnego życia. Zwykle bawi mnie, gdy na jakichś spotkaniach przedstawiają mnie jako „poetkę”. Nie czuję się osobą, którą można określić słowem „poetka”. Ania [Anna Andrzejuk-Sawicka – Dyrektor GBP w Narwi – przyp. red.] mówi „nasza Ewa”. To mi się podoba. Nasza Ewa, a przy okazji poetka
Pracuję też w szkole, więc identyfikuję się jako nauczyciel. I nie jest to zawód. Moja mama była nauczycielką, więc dla mnie jest to powołanie. Takie zawody jak lekarz, ksiądz, czy nauczyciel, to są zawody, które według mnie absolutnie wymagają powołania. Chociaż, gdybym mogła pójść na studia raz jeszcze, to poszłabym na SGGW. Zrobiłabym sobie ogrodnictwo i zielarstwo. Mój dziadek ze strony mamy był ogrodnikiem i mi to zaszczepił. Może na emeryturze zrobię jakiś kurs zielarstwa.
I dodam jeszcze, że jestem właścicielką trzech kotów.
Ma Pani śliczne koty.
Obecnie są trzy. Wszystkie przyszły z ulicy. Znalazł je Jonatan [najmłodszy syn Pani Ewy – przyp. red.], gdy jeszcze były małymi kociaczkami.
Takie piękności na ulicy… A gdybyśmy jednak wrócili do tej listy przeróżnych aktywności artystycznych – ma Pani jakiś swój wiodący, ulubiony kierunek? Muzyka? Rysunek? Poezja?
One niezmiennie występują razem. Od zawsze traktowałam je jako taki dar Boży, nie zaś moje zdolności osobiste. Tak jak sikorka – ma żółty brzuszek, bo ma. Więc już się z tym urodziłam. Od dziecka rysowałam, od dziecka grałam, od dziecka śpiewałam. Po prostu przez cały ten czas używam tych darów.
Czyli to wszystko od początku było z Panią. Przychodząc na ten świat, nie jesteśmy "tabula rasa"?
Nie. Uważam, że wszystko widać już w dzieciństwie. Moja rodzina wspomina, jak od dziecka rysowałam, wycinałam ludziki, trzymałam je w pudełku. Zawsze interesował mnie taki bajkowy świat, więc już jako kilkuletnie dziecko wymyślałam bajki, rysowałam mapy. A jedyne, co w moim życiu się zmieniło, to to, że zyskałam jakąś edukację, jakiś papierek, jakąś podyplomówkę, czy wychowanie plastyczne.
Zatem można powiedzieć, że żadna z Pani twórczych dziedzin nie dominuje nad pozostałymi?
Jestem taką kompleksową osobą, która po prostu tym wszystkim żyje.
Mimo to w świadomości społecznej często funkcjonuje Pani jako poetka, która jest dobrze rozpoznawalna w środowisku literackim. Przynajmniej tym lokalnym.
Piszę bardzo mało. Wydałam tylko cztery tomiki – średnio jeden na siedem lat, więc tego dużo nie ma. I każdy z tych wierszy ma swoją historię. Część z nich to teksty piosenek.
Pierwszy tomik pt. „Na imię mi tęsknota”, napisałam jeszcze w szkole średniej. On jest dość specyficzny. Zawiera trzydzieści parę wierszy i został wydany przez Związek Literatów Polskich. Na okładce znajduje się rysunek autorstwa nieżyjącego już Pana Zdzisława Cypelta. Był emerytowanym lotnikiem, mieszkał w Wilnie. Wraz z tą ilustracją podarował mi wtedy niebieską broszkę, którą potem zgubiłam. Wpięła mi się w szalik i przepadła gdzieś w autobusie.
Jednak ten tomik wydałam dzięki mojej wychowawczyni ze szkoły średniej – żonie Pana Jana Czykwina związanego z białostockim oddziałem Związku Literatów Polskich. Przekazała mu zeszyt z moimi wierszami. On go sobie obejrzał i metodą nauczycielską wystawił mi za każdy z wierszy ocenę. Ja się oczywiście załamałam, bo za większość wierszy dostałam „trzy”.
Skala szkolna do oceny poezji?
To było żartobliwe. Jan Czykwin zaprosił mnie później na spotkanie. Powiedział, że nawet ten jeden wiersz, który ocenił wyżej – ten jeden na dziesięć, czy na sto – to już bardzo wiele. Nauczył mnie wtedy prostej rzeczy: jeżeli skreślimy z wiersza wszystko, co niepotrzebne i zostawimy tylko to, czego już skreślić się nie da, to wiersz jest skończony. Zaczęłam stosować tę metodę, więc te wiersze, które znalazły się w tym tomiczku wraz z ilustracjami mojego autorstwa, to są te, z których powykreślano wszystko, co niepotrzebne. Pomagał mi wtedy jeszcze wspaniały, choć nieżyjący już poeta, Pan Franciszek Kobryńczuk. Pani Teresa Zaniewska, taka moja "matka chrzestna", napisała wstęp. I to był mój debiut. A później powstały kolejne tomiki.
Natomiast w zeszłym roku pokusiłam się, żeby wszystkie swoje tomiki wrzucić w jeden i tak pojawiła się antologia pt. „Wiersze zebrane 1991-2025”. Są w niej wszystkie wiersze, jakie kiedykolwiek napisałam, nawet te, które nigdy nie zostały wydane w tomikach, ale opublikowano je np. w studenckim czasopiśmie „Kartki” albo w antologii Pana Leończuka.
A zatem ten pierwszy tomik jest najbardziej szczególny?
Dla mnie wyjątkowy. Podobnie jak ci wszyscy wspaniali ludzie, którzy mi pomogli, którzy zobaczyli w tym dziecku, którym byłam, jakiś potencjał. Wiele z tych osób już odeszło. Mam z nimi cudowne wspomnienia. Dzięki nim te wiersze zaistniały. Ja pisałam do szuflady, a oni pokazali mi, że można to wydać.
Pani Ewa wydała cztery tomiki poezji: "Na imię mi tęsknota" (1991), "Źródło snu" (1998), "Róża pamięci" (2010) i wspólnie z synem, Dawidem, "Droga do domu" (2015). – Nie wiem, czy jeszcze jakieś wiersze napiszę – mówi.
Na promocji tomiku "Róża pamięci". Zawsze z nieodłącznym, autorskim mini-recitalem. (Gminna Biblioteka Publiczna w Narwi, październik 2010). Zdj. AdaR
Spotkanie autorskie zbliża się ku końcowi. W centrum nieżyjący już, jeden z mentorów Pani Ewy, Pan Jan Leończuk (GBP w Narwi, październik 2010). Zdj. AdaR
Promocja tomiku "Droga do domu" (Gminna Biblioteka Publiczna w Narwi, październik 2015). Zdj. AdaR
Okładka pierwszego tomiku Pani Ewy. Jest dla Autorki najbardziej szczególny i wyjątkowy. Zawiera poezję stworzoną w okresie szkoły średniej. Od jego wydania minęło już blisko 35 lat.
W 2025 roku ukazała się antologia obejmująca wszystkie wiersze napisane przez Panią Ewę. Okładkę publikacji zdobi autorska ilustracja, inspirowana postacią jednego z jej synów. Zwróćmy uwagę, że rysunki od zawsze stanowiły integralny element poetyckich publikacji Autorki.
Ale klasyczny rysunek to nie jedyna forma ekspresji plastycznej. Tu mamy jedno z ostatnich dzieł: obraz zimy namalowany farbą na dębowej desce.
Z tak imponującym wachlarzem zdolności – nigdy nie ciągnęło Pani w wielkie światy?
Do bardzo wielkich światów nie. Do małych światów – tak.
Lokalność nie jest dla Pani ograniczeniem?
Moja lokalność jest moim wyborem życiowym i bardzo mi odpowiada. Proszę mi uwierzyć, że dzisiaj, kiedy mamy Internet i możliwość wrzucania swojej twórczości do Internetu – to już jest bardzo dużo.
Jednak mówi się, że Internet bywa miejscem kultu tego, co płytkie i masowe. Świat chętniej nagradza to, co powierzchowne, natychmiastowe w odbiorze i niewymagające żadnej kompetencji. Często zdarza się, że prawdziwe dzieła przyciągają dużo mniej uwagi, niż koty hasające po czyjejś kuchni.
Kiedyś Wisława Szymborska napisała zdanie, które wpłynęło na całe moje życie literackie: „Niech Pani sobie nie wyobraża, że poeta cierpi bardziej, niż zwykły człowiek”.
Jak mamy to rozumieć?
Tak, że nie trzeba mieć poczucia wyjątkowości. Nie należy traktować kultury wysokiej jako lepszej, czy wybranej. To, co robię, nie jest elitarne. Uważam, że trzeba to rozpowszechniać w naturalny sposób. Trzeba być sobą i nie kreować się na jakąś osobę czującą więcej, mocniej, lepiej, bo jest to prosta droga do jakiejś… pychy? Sądzę, że jest mnóstwo wrażliwych ludzi, którzy wrzucają do Internetu koty, dlatego, że je kochają, a wierszy nie piszą, bo nie umieją. Więc każdy wyraża siebie tak, jak umie, jak potrafi. Jeden napisze wiersz, drugi coś narysuje, trzeci porozmawia z kimś, czwarty zrobi piękne zdjęcia.
Wrażliwość, jako powiedzmy cecha twórców, nie jest ważna?
Wrażliwość jest taką cechą dodatkową. Bonusem do życia.
Powiadają, że wrażliwym trudniej żyje się w świecie.
Sądzę, że mamy z tego więcej korzyści niż strat. To, że się trudniej żyje, to jest efekt uboczny wrażliwości, ale nie da się tego usunąć, nie usuwając wrażliwości. Bo jeżeli ktoś ma słuch, to efektem ubocznym będzie to, że go zaboli na przykład, gdy usłyszy jakąś sfałszowaną nutę. Ale dzięki temu może usłyszeć również piękną muzykę. Tak samo jest z wrażliwością – płaci się za nią cenę.
Jaka jest cena?
Dużo smutku.
Stany depresyjne?
Nie. Depresja to jednostka chorobowa. Raczej dużo smutku. Smutek jest częścią życia. Na niektóre rzeczy nic nie możemy poradzić.
A szkoła? Pozostawia jakąś przestrzeń na wrażliwość? Przynajmniej od czasów pojawienia się ruchu antypedagogicznego edukacja instytucjonalna bywa krytykowana za to, że tę wrażliwość czy kreatywność w dzieciach zabija.
Uważam, że to zbyt daleko idące myślenie. W szkole zawsze była i jest przestrzeń na wrażliwość. Jeżeli ktoś jest wrażliwy, znajdzie tę przestrzeń, znajdzie innych wrażliwych. Podobne przyciąga podobne. Szkoła jako instytucja ma też narzędzia i mechanizmy, żeby tę wrażliwość wspierać, mecenasować, wspomagać. Jest tylko potrzebny, nie ukrywajmy, jakiś mentor, przyjaciel, ktoś, kto tego młodego człowieka przytuli i wesprze.
Więc to zależy od ludzi, którzy tworzą dane środowisko.
Myślę, że to zawsze od nich zależało. Nawet takie postacie jak Jan Kochanowski, który poszedł na studia do swojej Alma Mater, też musiał trafić na odpowiednich ludzi. Czytamy o tym w książce: „Kto mi dał skrzydła”. I mamy taki wers: Kto mi dał skrzydła, kto mnie odział w pióry i tak wysoko postawił, że z góry cały świat widzę... Wyobraźmy sobie teraz tego Jana Kochanowskiego. Ktoś musiał jego wiersze przeczytać, coś w nich zobaczyć. Młody żak z Akademii Krakowskiej nie miał przecież aż tak wielu możliwości, żeby stać się tym Janem Kochanowskim, którego znamy. Podobnie dzieje się, jak czytam wypracowanie szkolne jakiegoś uzdolnionego ucznia i widzę, że jest to ktoś, kto ma potencjał. Ten potencjał może się rozwinąć, jeśli spotka odpowiednich ludzi, wejdzie w odpowiednie towarzystwo, ale też sam odnajdzie w sobie siłę i determinację.
Uczniowie i nauczyciele z narwiańskiej szkoły. Rok 2002. Pani Ewa Alimowska pierwsza od prawej. Zdj. AdaR

Znaleźliśmy jeszcze takie zdjęcie z całkiem dawnych już czasów. Może warto powspominać? (Czerwiec 2003 roku). Zdj. AdaR
A czy dzisiaj nie jest trudno o takie wsparcie? Według diagnoz socjologicznych w erze konsumpcyjno-medialnej ludzie coraz bardziej funkcjonują jak odosobnione atomy. To brzmi brutalnie, ale szybciej popchną, niż pomogą. Wzrasta rywalizacja, porównania są wszechobecne. Jest to efekt socjal-mediów i korporacyjnego podejścia do relacji (tzw. wyścig szczurów). Normalna współpraca, nawet zwykła rozmowa – coraz częściej stają się luksusem. Panuje powszechna opinia, że kiedyś pod tym względem było znacznie lepiej.
Dlatego mamy przestrzeń, żeby nad tym popracować. Jeżeli ktoś jest świadomy, jeżeli ktoś widzi jakąś potrzebę, może się nią zająć. Natomiast wydaje mi się, że ja takie wsparcie dostrzegam albo poruszam się wśród innych ludzi. Są np. takie osoby, jak Pani Kasia Czurak w Hajnówce albo inni nauczyciele, którzy organizują jakieś miejsca rozwoju i wsparcia dla młodych. W Narwi mamy Bibliotekę i Ośrodek Kultury. Uważam, że trzeba zachęcać młodych ludzi, podtrzymywać ich, żeby chcieli, żeby wierzyli w siebie. Jestem w każdym razie optymistką.
Może dlatego, że sama włożyła Pani ogromny wkład w rozwój artystyczny naszej narwiańskiej młodzieży. Przez wiele lat realizowała Pani w Narwi projekty teatralne.
To wszystko była „wina” Pana Wójta Iwaniuka, który poprosił, żebym podjęła pracę w Ośrodku Kultury i zrobiła teatr. Od tych wydarzeń mija właśnie 30 lat.
To była moja pierwsza praca. Dopiero co skończyłam studia, urodziłam Maćka. Pracowałam trzy lata na etacie w NOK-u, zanim nie przyszłam do szkoły. I w 1996 roku powstał Teatr Pozytyw. Później była Carmina. Młodzież przychodziła na zasadzie przejściowej, rotacyjnej. Z jedną grupą pracowałam około 2-3 lat, potem pojawiały się kolejne roczniki. Występowaliśmy ze spektaklami w różnych miejscach, również tam, gdzie nas zaproszono. Mamy nawet na koncie Grand Prix za spektakl „Zaczarowane drewno”, który pokazaliśmy na takim podlaskim forum teatrów. Za muzykę do niego dostałam wtedy nagrodę specjalną. I pamiętam, jak nad rzeką Narew wystawialiśmy „Sen Nocy Letniej”. To było piękne! I tak upłynęło 12 lat.
Pani podejście było głównie oparte na poezji, na pewnym raczej lirycznym wejściu w spektakl. Co mogą dać dzisiejszej młodzieży takie właśnie teatralne projekty?
Kilka rzeczy. Mogą dać bazę – w sensie wiedzy, jakiej nie zdobędzie się w szkole. Teksty, które omawialiśmy, czy te, które braliśmy do przedstawień, to są wielkie teksty, z wysokiej półki, poczynając od Szekspira, po jakichś poetów, takich jak Lorca, czy innych. Zyskujemy więc taką bazę wrażliwości i wiedzy, która zostaje na całe życie. A druga rzecz to relacje – koleżeńskie, przyjaźnie, relacje mentorskie, których też się nie zapomina. Takie kontakty zostają w pamięci, a w moim przypadku oznaczały spotkanie z niesamowicie utalentowaną młodzieżą. W ten sposób dłużej możemy podtrzymać młodość, więc ja też długo czułam się młoda.
Dwanaście lat pracy teatralnej z młodzieżą to niemało. Z uczniami w szkole pracuje Pani ponad dwa razy dłużej. Czy na przestrzeni tego okresu widzi Pani jakieś różnice pomiędzy kolejnymi generacjami młodzieży?
Wskazałabym na trudniejszy start. Ta młodzież, która jest teraz – wydaje mi się, że ona ma bardziej problematyczny start. Dzieje się tak trochę przez technologię. Olga Tokarczuk pisała o „ludziach księgi”. Ja jestem z pokolenia „ludzi ksiąg”, czyli tych, którzy wychowali się na książkach. Dla mnie literatura była bazą, startem. Dla obecnej młodzieży jest to rzecz wtórna. Oni startują z innej pozycji. Dla nich książka często jest tym drugim wyborem. Bo oni są bardziej multimedialni – postrzegają świat raczej przez obraz, niekoniecznie przez słowo. Ja tymczasem jestem w tym słowie zakochana i uważam, że miejsce, w którym teraz znajduje się ludzkość – cały rozwój cywilizacji i wszystko, co do tej pory zdobyliśmy – zawdzięczamy właśnie językowi. Dlatego uważam, i przemawia przeze mnie polonistka, że praca z dziećmi i młodzieżą powinna najpierw opierać na języku, a dopiero potem lub równolegle – na obrazach. Obraz nie może być przed słowem, bo jednak „na początku było Słowo”.
Prawdopodobnie najstarsze pokolenie tworzące prowadzony przez Panią Ewę Alimowską, Teatr Pozytyw. (Promocja tomiku poezji "Źródło snu"; Gminna Biblioteka Publiczna w Narwi, sierpień 1998).
Dziesięć lat później. Dni Narwi 2008. Właśnie wyłoniła się nowa generacja utalentowanej młodzieży. Zdj. AdaR.
W tym składzie Teatr wystąpił m.in. w cyklu spotkań przybliżających problematykę wielokulturowości i historii, prezentując kulturę żydowską (Narwiański Ośrodek Kultury, czerwiec 2010). Zdj. AdaR
Teatr Pozytyw w recitalu piosenek "Piwnicy pod Baranami" (Narwiański Ośrodek Kultury, listopad 2010). Zdj. AdaR
Benefisowy koncert Teatru Pozytyw (Narwiański Ośrodek Kultury, luty 2011). Zdj. AdaR

Grupa uczestniczyła w wieczorach kolędniczych i jasełkach (Spotkanie przedwigiline w Urzędzie Gminy w Narwi, grudzień 2012). Zdj. AdaR
A to już kolejna odsłona – Teatr Piosenki i Poezji Carmina. Ze spektaklem pt. "Zaczarowane drewno" wziął udział w XX powiatowym Forum Teatrów Dziecięcych i Młodzieżowych MELPOMENA w Juchnowcu Kościelnym. (Maj 2013). Zdj. cyt. za UG Narew.
Spektakl otrzymał nagrodę Grand Prix, zarówno za grę aktorską, jak i za muzykę, którą skomponowała Pani Ewa Alimowska. Zdj. cyt. za UG Narew.

Za to widowisko Teatr otrzymał wyróżnienie na Podlaskim Forum Teatrów Dzieci i Młodzieży Szkolnej (Białystok, grudzień 2013). Zdj. cyt. za UG Narew.
Tymczasem na Bliskich Spotkaniach z Poezją Śpiewaną "Kuźnia" 2013 – znanym przeglądzie regionalnym – Carmina wykonała dwie piosenki autorstwa Pani Ewy, zdobywając "Srebrny Hacel" (Kuźnica Białostocka, listopad 2013). Zdj. cyt. za UG Narew.
– Trochę mi tego brakuje, bo już od całkiem dawna nie mam takiej grupy teatralnej – dodaje nasza rozmówczyni – Obcowaliśmy z pięknym słowem, piękną poezją, piękną sztuką. Wchodziliśmy w to naturalnie. Stawało się to jakimś stylem życia. (Zdj. AdaR)
A więc nie dałaby Pani smartfona małym dzieciom?
Nie dałabym. Przed książką – nie. Uważam, że najpierw powinno być słowo – nazywanie świata. Małe dziecko pokazuje palcem na drzewo i pyta: „co to?”. I mówimy: „drzewo” – nazywamy. Bez nazywania rzeczy trudno je zrozumieć. To jest trochę tak, że jeżeli coś opiszemy, nazwiemy, oswoimy, to staje się to bardziej nasze.
Świat technologii cyfrowych ze swoim projektem cywilizacji obrazu chyba raczej temu nie sprzyja.
Nie odetniemy się od tego świata. A ja jestem przeciwnikiem robienia jakiegoś getta na zasadzie: tego nie używamy, tego zakazujemy. Oczywiście używamy. Nie ma co się obrażać na deszcz – trzeba mieć parasol. Technologii należy używać mądrze i uczyć młode pokolenia tego mądrego używania i mądrego życia zarazem, bo to jest tylko jego fragment. Podobnie uczymy się zachowania na drodze, ustępowania miejsca starszym, mówienia „przepraszam”, „dziękuję”. To jest niesłychanie ważne.
Bardzo rozsądne podejście. Mimo to czuć tu pewien idealizm.
Jestem idealistką. Idealistko-realistką. Czasami taką smutną, bo nie wszyscy czasem chcą się stosować do moich porad [śmiech]. Myślę, że wszystkim nam żyłoby się wtedy trochę lepiej. Na wiele rzeczy nie mamy jednak wpływu, dlatego trzeba mieć jakiś swój azyl, swoją niszę, swoich ludzi, swój taki mniejszy świat, jeśli ten duży świat robi się coraz bardziej mroczny, czy wrogi. A jeśli jesteśmy bezradni wobec makroskali, to pracujmy nad tym naszym światem w mikroskali. Bo uważam, że nawet ratowanie jednego kota wiele zmienia. Jeżeli nie damy rady uratować wszystkich kotów na świecie, to uratujmy tego jednego i weźmy go do domu.
Właśnie. Mikroskala to też Narew. Tu na pewno mamy jakiś wpływ. A jak rodzinna miejscowość przenika do Pani twórczości?
Jest wszędzie. W każdym wierszu, w ilustracjach. Nasza tutejsza przyroda, każda roślinka… We wszystkich moich wierszach – jeżeli czyta je osoba, która tu mieszka – znajdzie nazwy, ulice, miejsca, opisy, historię Narwi.
Pani najnowszy projekt rysunkowo-literacki pt. „Myszki z Mysiborku” też, przynajmniej częściowo, wyrastał z inspiracji Narwią?
Borek znajduje się pomiędzy Narwią a Makówką. Chodziłam tam na jagody i poziomki. Widziałam go przez okna swego domu. Do tej nazwy dodałam „Mysi” i tak powstał „Mysiborek”. Każda narysowana w nim roślinka jest nasza. Nasz wrotycz, nasza wierzbówka...
A jak pięknie jest to narysowane! Powstające na naszych oczach „Myszki z Mysiborku” od pierwszego wejrzenia zapierają dech w piersiach. Jest to seria ilustrowanych książek dla dzieci, a nawet cały kompleks różnych form i materiałów towarzyszących. Takich projektów chyba nikt więcej nie robi (również w większej skali niż tylko powiat czy województwo), zatem być może trzeba czasem poczuć, że tworzy się jednak coś wyjątkowego, elitarnego?
Są myszki z „Mysiej Doliny”. Nie moje, ale to cudowny projekt takich myszek-laleczek.
Ale na Podlasiu jest Pani chyba jedyną twórczynią z takim pomysłem i takim poziomem realizacji. Rysunki zachwycają, historie, choć mają bajkowy wymiar, są osadzone w rzeczywistości. Jak wyłoniła się ta koncepcja?
Myszki urodziły się podczas mojego urlopu zdrowotnego. Miałam epizod chorobowy, po którym poszłam na urlop zdrowotny i przez rok czasu nie mogłam za bardzo nic robić. Mąż zaopatrzył mnie w tablet z ekranem, na którym mogłam sobie rysować, nie wstając nawet z łóżka. I pierwszą rzeczą, jaką na tym tablecie narysowałam, były myszki. A dlaczego myszki? Trochę ze względu na moje koty, które przynosiły do domy żywe myszki. Ja te myszki ratowałam, wynosiłam i próbowałam tłumaczyć kotom, że myszki mają mamę, tatę, brata, wuja. A na pewno mają jakąś rodzinę, więc trzeba im pomóc. Syn kupił mi wtedy jeszcze taką szmacianą myszkę.
I tak narysowałam pierwszą postać. Nazwałam ją „Szwędacz”. To była taka wędrowna myszka, jak Włóczykij z Muminków. Zaczęłam sobie wtedy wyobrażać świat myszek. Wymyśliłam rodzinę dziewięciu myszek, które mieszkają razem. To miała być taka tradycyjna – chociaż może nie do końca – rodzinka. Chciałam pokazać role rodzinne, więc jest babcia, jest dziadek, jest ciotka, są dzieci, wnuki. Ale te rodziny odzwierciedlają trochę i nasze czasy, bo jedna mama sama wychowuje dwie córki.
Myszki ubrałam w stroje z XIX wieku albo trochę przedwojenne, nie do końca współczesne. Mają kapelusze, długie sukienki, fartuszki – cały entourage jest historyczny, bajkowy, staroświecki. Jest spiżarnia z domu moich dziadków, jest piec kaflowy. To świat mojego dzieciństwa.
Czyżby tęsknota za tym, co chyba już przeminęło?
Wydaje mi się, że mnóstwo osób robi taki oddolny ruch – czy to jest tkactwo, zachowanie jakichś elementów kultury, czy dziedzictwa kulturowego. Rozwija się to w różnych kierunkach. Ja akurat pracuję w branży dla dzieci. I robienie takiej książki było dla mnie naturalne. Jej fragmenty i ilustracje pokazywałam w szkole, patrzyłam, jaki będzie odbiór. Teraz np. w ramach promocji, mam spotkania z przedszkolakami w Białymstoku, organizowane przez Książnicę. I widzę, że ten świat do dzieci trafia. A ponieważ jest przefiltrowany przeze mnie, a ja jestem optymistką – to ten świat też jest optymistyczny. Bo najgorsze przestępstwo, do jakiego dochodzi w tej książce, to kradzież konfitur! Ale tu wszystko da się naprawić i każdy zostanie zauważony, jeżeli nauczy się wyrażać swoje potrzeby.
Długo rysuje Pani książeczkę?
Sporo. Narysowanie 76 stron w pełni ilustrowanej pierwszej książeczki zajęło mi dziewięć miesięcy. Ale to jest mój relaks. Ktoś robi na drutach, a ja siedzę i rysuję Myszki.
Ta książka ma też dla mnie taki aspekt terapeutyczny. Myszki podniosły mnie na duchu, kiedy byłam chora.
I chciałabym je pokazać w czterech porach roku, na zasadzie wiosna Myszek, lato Myszek, jesień Myszek, zima Myszek. Pierwsza część dzieje się latem, a teraz rysuję wiosnę, więc mam nadzieję, że na wiosnę, w okolicach Wielkanocy, uda mi się wydać tę część wiosenną.
Do tej pory udało mi się jeszcze narysować 60 stron książeczki zimowej. Na razie jednak zostawiłam tę część. Opowiada o Lichu Leśnym, które mieszka sobie właśnie w Mysiborku. Jest złośliwe i przez całe lato wszystkim dokuczało. A jak przyszła zima, nagle zdało sobie sprawę, że nikt go nie zaprosił na święta. I to Licho Leśne znajduje miejsce wśród Myszek, zostaje zaproszone i okazuje się, że nawet takie nielubiane Licho może się zmienić, pokazać swoją dobrą stronę, wejść w relacje z innymi. I że za tym złym zachowaniem stoi po prostu samotność, czy strach przed odrzuceniem. Więc jeżeli ta potrzeba zostaje rozpoznana i zaopiekowana, to nawet licho może poczuć się częścią tego grona.
Pani Ewie Alimowskiej rysunek towarzyszy od zawsze. W czasach studenckich powstała m.in. ta seria, głównie z motywami baśniowymi lub tymi z gatunku fantasy. – Jedno z moich ulubionych seminariów na studiach było poświęcone teorii bajki. Czytaliśmy Proppa i analizowaliśmy bajki pod kątem filozoficznym, czy takim egzystencjalnym – wspomina Pani Ewa. Bo baśni nie można przecież trywializować. To opowieści o archetypach i siłach, które zamieszkują ludzki świat wewnętrzny.
Tak więc, tworzone przez Panią Ewę postacie zazwyczaj osadzone są w baśniowej estetyce. Autorka zdradziła nam, że uwielbia kreskę i rysowanie w "języku komiksowym". A te rysunki, których powstało naprawdę całe mnóstwo, są naszym zdaniem cudowne. Potrafią uwieść nie tylko fanów fantasy. Kreska jest fenomenalna – pewna i świadoma; twarze i spojrzenia mocne, "opowiadają historię". Wszystkie detale budują wyrazisty świat i tożsamość postaci. (Rys. cyt. za: ewalimowska.artstation.com).
A teraz, od kilkunastu miesięcy, na tym oto tablecie kupionym przez męża, wyłaniają się fantastyczne, bajkowe Myszki. I chociaż Panią Ewę zewsząd otacza "cyfrowa infrastruktura", rysować trzeba zupełnie "analogowo". Wykonanie jednego rysunku zajmuje zwykle od dwóch do trzech dni.
Ale czy ten bajkowy, przepięknie przedstawiony, zakodowany w dodatku w naszej tutejszej, narwiańskiej przyrodzie, Mysiborkowy świat, nie jest tego wart? (Rys. cyt. za: Myszki z Mysiborku / Facebook).
Pierwsze książeczki z uniwersum Myszek już wydane. Ale nie tylko. – Jest kalendarz z Myszkami, kubek z Myszkami, mąż zaprojektował koszulki z Myszkami – wylicza Pani Ewa. – Więc te Myszki za mną chodzą i chodzą. (Zdj. cyt. za Instagram Książnica Podlaska Filia nr 15).
Mało tego – powstał nawet film.
I będzie w kinie. Pierwszego lutego na dużym ekranie Kina Helios w Białymstoku zostanie pokazany krótkometrażowy film animowany, stworzony przez Panią Elwirę Małyszko na podstawie mojej książki. Pani Elwira będzie prowadziła warsztaty animacji. Jest absolwentką kierunku Animacja i etiuda filmowa na Wydziale Artystycznym Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie i ma na swoim koncie kilka autorskich projektów animacji. Można się na te warsztaty zapisać, bo naprawdę warto dowiedzieć się o tym więcej.
Jak narodziła się idea produkcji filmowej?
To pytanie bardziej do jej Autorki. My z Elwirką znamy się przez ulicę. Była w moim teatrze. A teraz Myszki się jej spodobały. Jestem zaszczycona, że zechciała ożywić ten świat. Ja go narysowałam, a ona go ożywiła. Film będzie też towarzyszyć promocji książki i wystawie ilustracji, która odbędzie się w naszej Bibliotece w Narwi. Pani Elwira będzie na tym spotkaniu i opowie o tym filmie.
Przypomnijmy: 30 stycznia w naszej Bibliotece premiera projektu Pani Ewy w Narwi. Trzeba być. Trzeba przyjść. Bo są Myszki i poszły już w świat.
Poszły też na Ogólnopolski Festiwal Animacji O!PLA. Mam nadzieję, że pójdą dalej.
Film Pani Elwiry Małyszko już w oficjalnej selekcji Festiwalu O!PLA. Trzymamy kciuki. A mieszkańcy gminy Narew "Przygodę Szwędacza" mają okazję obejrzeć w naszej Bibliotece. W piątek, 30 stycznia o 17-stej ruszy promocja książki, której, oprócz filmu, będzie towarzyszyć mini-recital Autorki i wystawa rysunków z Myszkami. (Zdj. cyt za: Facebook – Myszki z Mysiborku).
Co dalej urodzi się w narwiańskiej manufakturze sztuki pt. Ewa Alimowska?
Na razie wszyscy mogą spodziewać się Myszek, ponieważ Myszki dopiero się zaczęły i sprawiają mi mnóstwo radości. Jak już wspomniałam, chciałabym, żeby książka ukazywała się okresowo, tzn. zimowa na zimę, wiosenna na wiosnę, żeby można było ten świat zobaczyć i przeżyć w czasie rzeczywistym.
A w tej wiosennej akurat części, którą chciałabym wydać na wiosnę, do Mysiborku wprowadza się rodzina zajęcy. Są borsuki, jest wilk o imieniu Horacy. Albo np. pan lis, który kombinuje, jak tu we własnym interesie przejąć kawałek Mysiborka. Znajdziemy też istoty całkiem fantastyczne, takie jak wróżki, czy skrzaty.
Myślę więc, że Myszki uczą różnorodności. Bo mieszkańcy Mysiborka są też pewnymi archetypami, postaciami, które pomagają zrozumieć, że każdy w tym lesie ma swoje miejsce. Nikogo się nie odrzuca, tylko stara się go zrozumieć i poznać.
Wydaje nam się, że w Mysiborku pobrzmiewa nieco filozofia Jeana Jacquesa Rousseau, który wierzył, że człowiek jest z natury dobry. Tylko trzeba dać temu dobru się przejawić. A Myszki zdają się podpowiadać, jak to zrobić.
Te historie zawsze kończą się dobrze i pokazują, że każdy może mieć taki swój Mysiborek. Ja jestem optymistką. Wychowałam się na "Ani z Zielonego Wzgórza". Bardzo bliski jest mi punkt widzenia, który mówi, że każde jutro jest nowe i nieskażone żadnym błędem. Zasada jest prosta: traktuj każdy dzień jako mały cud. Dlatego uważam, że to, na czym się skupiamy, czemu dajemy energię w naszym życiu, w jakiś sposób zaczyna się manifestować. Ja akurat wolę oddawać swój czas, swoje myśli, swoje życie, rzeczom, które budują, pocieszają, dają coś dobrego. Natomiast prawdą jest, że w życiu są też sfery ciemniejsze, czy bardziej mroczne. I są ludzie, którzy się nimi zajmują. Moja nisza jest akurat inna – ja rysuję bajki. A wszyscy wiemy, jakie zakończenie mają bajki. Po prostu wierzę w dobro.
Bardzo dziękujemy za rozmowę.
Na koniec poznajmy bliżej kilka Myszek. Oto Szwędacz, od którego wszystko się zaczęło – Myszka, która wybrała drogę. Nawet zimą nie rezygnuje z wędrówek, bo swoboda jest być może dla niej najważniejsza. Spodziewamy się, że oprócz plecaka, parasola i gramofonu Szwędacz nosi ze sobą również marzenia i pytania o świat. Ale czy bliżej mu do filozofa, czy do odkrywcy? Tego dowiemy się śledząc Mysiborkową historię. (Źródło: ze zbiorów Pani Ewy Alimowskiej)
A to Marianna – poukładana, uporządkowana, o silnym poczuciu struktury. Zawsze równiutko wiesza w szafie swoje piękne sukienki. Jedna z ulubionych postaci Autorki.
Myszka Izabela Łęcka. W stroju, rzecz jasna, odpowiednim do epoki. Inspiracji dostarczyło zapewne zainteresowanie Pani Ewy literaturą pozytywizmu, której przed laty poświęciła swoją pracę magisterską.
A z tych dwojga ma podobno powstać zakochana para i fundament przyszłej mysiej rodziny. Antoni darzy Mariannę gorącym uczuciem (tu Marianna jest jeszcze bardzo młoda i nie ma swego warkocza). Antoni zaś pragnie zostać malarzem, ale na razie maluje szyldy. I chociaż wolałby tworzyć prawdziwe obrazy, cieszy się, gdy dostanie możliwość namalowania szyldu.
* * *
Ta niesamowita historia to na chwilę obecną projekt długofalowy. Jak będzie, zobaczymy. Ale wszystko wskazuje na to, że seria czterech Mysiborkowych pór roku jest tylko kwestią czasu.
Rozwój projektu możemy śledzić na bieżąco. Warto zaobserwować i odwiedzić czasem Mysiborek na Facebooku oraz stronę internetową Pani Ewy. Polecamy!
PS. Jesteśmy przekonani, że jeśli my nie odkryjemy wartości tego pomysłu i jego realizacji już teraz, to z całą pewnością zrobią to kolejne pokolenia narwian i narwianek.